Rewolucja sztuki


Bez zbędnych słów: Zhong Biao
czwartek, wrzesień 13, 2007, 8:20 pm
Zaszufladkowany do: Bez zbędnych słów, Malarstwo



Pessoi, Fernando: Księga niepokoju. GW.
środa, wrzesień 12, 2007, 8:40 pm
Zaszufladkowany do: Gazeta Wyborcza, Książki

Kim był człowiek, którego wizerunek zdobi T-shirty dla turystów w Lizbonie? Ani jednemu napisanemu przez niego zdaniu nie można całkiem uwierzyć, nawet intymnemu dziennikowi, który podpisał prawdziwym nazwiskiem.

Jedną ze swoich powieści portugalski noblista Jose Saramago rozpoczyna sceną powrotu pewnego człowieka do Lizbony. Jest rok 1935. Człowiek ów, powściągliwy lekarz i klasycyzujący poeta, autor ód na horacjańską modłę, schodzi po trapie w porcie i poleca odwieźć się do hotelu nad rzeką, której nie widział od 16 lat. Co go skłoniło do przerwania emigracji? Wieść o śmiertelnej chorobie przyjaciela. Jednak w mglistej, słotnej Lizbonie znajduje już wydrukowane nekrologi: odszedł Fernando Antonio Nogueira Pessoa, autor jednego wydanego za życia tomu wierszy i założyciel pisma “Orpheu”, którego dwa raptem numery wprowadziły literaturę portugalską w nowoczesność, “to niepowetowana strata etc…”.

Kufer z heteronimami

Czy Pessoa, człowiek o usposobieniu ekscentrycznego maniaka, którego jedyny związek z kobietą trwał mgnienie i był skazany na porażkę, bo Pessoa wolał pisać o życiu, niż żyć, ukrywać się bez końca za fikcją, którą tworzył – biorąc pod uwagę jej obfitość – każdego dnia swego dorosłego życia, otóż czy ktoś taki mógł przywiązać do siebie kogokolwiek na tyle, by ten, specjalnie przedsięwziąwszy atlantycki rejs, uronił łzę nad jego doczesnymi szczątkami? Owszem, Pessoa sam zadbał o to – powołał do życia kilkadziesiąt postaci, obdarzając je fizjonomią, przeszłością, poglądami, upodobaniami i literacką estetyką. Pisał w imieniu tych, jak je określał, heteronimów – wiersze, prozę, dramaty, artykuły, traktaty i polemiki – tak skutecznie zamazując swoją prawdziwą tożsamość, że do dziś zastępy uczonych pessoalogów nie potrafią dać prawdziwego jej obrazu.

W osobliwym powieściowym hołdzie Saramago złożonym temu pisarzowi przybyszem z Brazylii jest Ricardo Reis, jeden z trzech najważniejszych heteronimów Pessoi. Osobliwość tego hołdu polega na tym, że Saramago, pisarz znany z politycznego zaangażowania po lewej stronie, opisując ostatni rok życia Reisa, któremu w Lizbonie towarzyszy – dosłownie – duch Pessoi, ma ambicję oddania stanu umysłów w Portugalii Salazara sąsiadującej z Hiszpanią w przededniu wojny domowej, w Europie zdominowanej przez brunatne reżimy.

A Pessoa? Jego skrajny indywidualizm nigdy by mu nie pozwolił na dłuższe pochylenie się nad polityczno-społeczną doraźnością, przynajmniej nie na serio.

Najdonioślejszą próbkę jego wizji świata i siebie w nim stanowi “Księga niepokoju” wydana po polsku właśnie po raz pierwszy w całości i w nowym przekładzie. Pessoa za życia ogłosił nieco ponad sto wierszy, sporo zresztą napisanych po angielsku (język ten poznał jako dziecko podczas kilkuletniego pobytu z ojczymem konsulem w Południowej Afryce), rozproszone eseje i garść przekładów. Reszta nieopublikowanej w całości do dziś spuścizny to m.in. kilkadziesiąt tysięcy zapisanych kart pozostawionych w kufrze – przedsięwzięcie olśniewające rozmachem, labirynt z zaszyfrowaną zagadką. Jej znaczącym fragmentem jest “Księga…” – monumentalny zbiór nieuporządkowanych zapisków podpisanych heteronimem Bernardo Soaresa, którego jednak przyjęło się ze względu na podobieństwo do Pessoi (Soares – skromnie żyjący samotny księgowy z lizbońskiej Baixy, Pessoa – zarabiający na życie tłumaczeniem handlowej korespondencji w małej firmie) z nim utożsamiać.

Coś pomiędzy “Wyznaniami” Augustyna a “Myślami” Pascala, wedle słów autora “autobiografia bez faktów” o filozoficznych inklinacjach, nad którą Pessoa nie do końca sprawował kontrolę, przez całe życie snując projekty kompozycyjne i nie znajdując w sobie konsekwencji, by je zrealizować.

“Gdyby serce mogło myśleć, przestałoby bić”

Klucza do “Księgi…” długo nie mogli znaleźć także redaktorzy dzieła – ukazała się w Portugalii dopiero 47 lat po śmierci Pessoi, pieczętując pozycję jego dorobku. Trzy lata później jego szczątki przeniesiono do narodowego mauzoleum – manuelińskiego klasztoru hieronimitów – gdzie spoczywają między grobowcami Vasco da Gamy i Luisa de Camoesa. Dla Portugalii Pessoa jest kimś takim jak Joyce dla Irlandii, a od czasu “Lisbon story” Wendersa, w którym bohaterowie czytują jego wiersze, jest także ikoną portugalskiej popkultury i widnieje na T-shirtach jak Kafka w Pradze.

Prawdziwy Pessoa to jednak zagadka. Nie dlatego, że nie znamy faktów z jego dość banalnego życia. Przeciwnie, to przeciętność jego egzystencji jest trudna do pogodzenia z bogactwem i przewrotnością jego idei. Twierdził, że nie ma w nim nic oprócz pozy, gry pozorów. Heteronimia, którą uprawiał z zapamiętaniem, nie ma odpowiedników w historii literatury. Owszem, współcześni mu pisarze tworzyli swoje alter ego (Pound czy Rilke dla przykładu), ale nikt nie zrezygnował na ich rzecz z siebie samego, nie uczynił projektu literackiego z tej kamuflującej i mylącej tropy gry. Język jego heteronimów, dla każdego inny, zawsze zachowuje analityczną precyzję, bez względu na to, czy przyswaja portugalszczyźnie frazę Walta Whitmana, czy okultystyczną grafomanię Aleistera Crowleya, głosi anarchizm czy obyczajową krzepkość nowoczesnego narodu. Nieustanne użyczanie głosu autorom o różnych osobowościach, na dodatek z buchalteryjną dbałością o ich psychologiczną wiarygodność – to mógłby być wstęp do pięknej schizofrenii. Ale przecież ogarnąć ten projekt mógł tylko człowiek o żelaznym zdrowiu psychicznym.

Chłód bije z jego pisania i to on jest źródłem niepokoju u czytelnika. W ciągu kilku dekad uprawiał tuziny estetycznych prądów, które śledził na bieżąco w literaturze europejskiej. Kunszt pozwalał mu osiągać równą biegłość w szekspirowskim sonecie, opowiadaniach a la Poe lub ludowych balladach, co w symbolizmie, kubizmie, futuryzmie – rozwijał te trendy, a często był to w obszarze języka portugalskiego wysiłek pionierski, i porzucał z jednaką łatwością. Podobnie jak inspiracje filozoficzne – Nietzsche, Kant, Platon; myśli ich używał, by zaraz zakpić z ich dogmatyzmu, a szerzej – z filozofii w ogóle, która zawsze próbą opisu redukuje tajemnicę człowieczej duszy.

Na początku “Księgi…” Soares-Pessoa zaznacza swoją wyjątkowość i ewentualne pobratymstwo z wąską, elitarną i przeklętą zarazem grupą jemu podobnych – deklaruje, że całkowicie utracił nieświadomość, a “nieświadomość to fundament życia. Gdyby serce mogło myśleć, przestałoby bić”.

“Księga…” to litania tego rodzaju zdań, paradoksalnych aforyzmów, lamentów hiobowej mądrości bądź kaznodziejskiego żaru, ale wszystkie obwarowane są zastrzeżeniami, które nie pozwalają uznać je za prawdziwe poglądy Pessoi – prawdziwy to jedyny przymiotnik, którego nie sposób do niego odnieść. Kwestionował każde słowo, które napisał, każdą myśl, którą dopiero co uzasadniał tak przekonująco, że gotowi byliśmy przyjąć ją za swoją. Miał ambicję każdy przejaw ludzkiej aktywności – przyjaźń, religię, marzenia, walkę klas, seksualne pragnienia i orientacje – traktować jak rzeczy godne obserwacji, ale nie przeżywania.

Opętanie demonem dystansu

Nihilizm? Nihilista nie napisałby: “Nigdy się nie spełniamy. Jesteśmy dwiema otchłaniami – studnią wpatrzoną w niebo”.

Amerykański badacz, którego układ “Księgi…” jest podstawą polskiego przekładu, Richard Zenith orzekł, że psychoanaliza jest nauką zbyt ubogą, by mogła objaśnić przypadek Pessoi opętanego przez demona dystansu. “Wszystko, co człowiek stwierdza lub wyraża – pisze Pessoa w “Księdze…” – jest notatką na marginesie całkowicie wymazanego tekstu. Możemy na podstawie notatki zgadywać, jaka była mniej więcej istota tekstu, ale zawsze pozostaje pewna wątpliwość, a możliwych znaczeń jest wiele”.

A jednocześnie, i w “Księdze…” widać to dobitnie, ta ekstremalna samoświadomość swojej jaźni, której posiadanie Pessoa sugeruje w osobie Bernardo Soaresa, sprowadza się do przejmującego krzyku człowieka niewiarygodnie samotnego. Samotność jest podwójna – faktyczny brak bliskości bliźniego spowodowany umiejętnością obserwacji życia, tak totalnej i drobiazgowej, że na samo życie nie starcza czasu ani siły.

Cierpienie, które z tego wynika, jest co chwila posypywane solą kolejnej obserwacji, która każe Soaresowi-Pessoi zachwycić się otaczającym go światem mimo gorzkiej wiedzy o jego mechanizmach. A może i ta udręka jest tylko grą pozorów?

Poetycka proza “Księgi niepokoju” jest z jeszcze jednego powodu doskonałą wizytówką twórczości Pessoi, który nie licząc młodzieńczego pobytu w Durbanie nigdy nie opuszczał swojej Lizbony, stolicy projektowanego przezeń (znów raczej na pewno w ramach gry z narodowym, mesjanistycznym mitem) Piątego Imperium. Na grubo ponad 400 stronach intymnych rozważań przywołuje tu nazwiska paru klasycznych autorów portugalskich i tyluż współczesnych, ważnych dla pokolenia Pessoi. Do tego dosłownie pojedyncze wzmianki o Chateaubriandzie, Szekspirze, Miltonie czy Dantem. Wpływ świata zewnętrznego na pisarstwo Pessoi jest niezauważalny. To swoiste, autonomiczne dzieło wyrasta niemal w całości z wszechświata medytacji i wątpliwości jednego człowieka, który odważył się spisać cały swój strach przed obłędem i w ten sposób mu umknął.

Łukasz Grzymisławski

Źródło: Gazeta Wyborcza

Jeżeli napiszę: kocham “Księgę niepokoju” to będzie i tak mało.



Bez zbędnych słów: Andrzej Irzykowski
środa, wrzesień 12, 2007, 8:25 pm
Zaszufladkowany do: Bez zbędnych słów, rzeźba

“Akt” 1989

“Nikt” 1989

“Akt” 1989

“Akt”  1989

“Akt” 1987



Bez zbędnych słów: Włodzimierz Pawlak
środa, wrzesień 12, 2007, 8:20 pm
Zaszufladkowany do: Bez zbędnych słów, Malarstwo

“Portret świni” 1983

“Weronika jest Francuską i …” 1986

“Polacy formują flagę narodową” 1998

“Kwiaty V.v Gogha B” 2007

“Notatka o sztuce Nr 230″ 2001

“Notatka o sztuce Nr 40″ 1998

“Dziennik E 235″ 1998

“Kilka wiadomości” 1997

“W.Strzemiński i Le Corbusier” 1992

“Przekraczanie” 1984-1985



Jasieński: Jednodńuwka futurystuw “Manifest w sprawie poezji futurystycznej” 3 kwietnia 1921
wtorek, wrzesień 11, 2007, 9:02 pm
Zaszufladkowany do: Futuryzm, Jednodńuwka, Manifesty, Poezja

1. Kubizm, ekspresjonizm, prymitywizm, dadaizm, przelicytowały wszystkie izmy.
Pozostał jeszcze nie wyzyskany jako prąd w sztuce jedynie onanizm.
Proponujemy go na zbiorową nazwę wszystkich naszych przeciwników.
Jako uzasadnienie podkreślamy podstawowe momenty sztuki antyfuturystycznej:
bezpłciowość, niemoc zapłodnienia swoją sztuką tłumów; spokojny, paseistyczny samogwałt w cieniu melancholijnych pracowni.

2. W chwili olbrzymich realizacji wprowadzanie nowych nazw uważamy  za zbyteczne
i z chwilą niezgodne. Podnosimy zamiast godła imię tej garstki, która półtora dziesiątka
lat temu pierwsza rzuciła hasła tej walki, którą my dziś kończymy, i powtórnie nazywamy
siebie
         futurystami

3. Nie mamy zamiaru w r. 1921 powtarzać tego, co oni czynili już w 1908. Wiemy,  że o tyle
lat starsi od nich jesteśmy. To, co u nich było tylko przeczuwaniem, pośpiesznym rzucaniem nowych perspektyw – musi sie u nas stać twardym, świadomym siebie twórczym wysiłkiem.
Jako spadkobiercy ogromnego mocarstwa formy ogłaszamy wielkie ujednolicanie waluty. Będziemy wymieniać wszystkie kubistyczne, ekspresjonistyczne, dadaistyczne, prymitywistyczne bilety kredytowe na jedynie od czasów greckich niepodrabialne talenty.
W tym celu postanawiamy:

4. Nie wolno w r. 1921 nikomu tworzyć  i konstruować tak, jak to czyniło się już kiedyś przed nim. Życie płynie naprzód i nie powtarza się. Twórcę każdego obowiązuje to wszystko, co zastał + ten cudowny skok, który artysta każdy uczynić musi w próźnię wszechświata.
Sztuka jest tworzeniem rzeczy nowych.
Artysta, który nie tworzy rzeczy nowych i niebywałych, a przeżuwa jedynie to, co było przed nim zrobione, po paręset razy – nie jest artystą i powinien za używanie tego tytułu odpowiadać sądownie, jak za używanie każdego innego bez odpowiednich kwalifikacji. Wzywamy społeczeństwo do zorganizowanego bojkotu podobnych jednostek.

5. KAŻDY ARTYSTA OBOWIĄZANY JEST
STWORZYĆ ZUPEŁNIE NOWĄ, NIEBYWAŁĄ DOTĄD SZTUKĘ, KTÓRĄ MA PRAWO NAZWAĆ SWOIM IMIENIEM
.

6. Dzieło sztuki uważamy za rzecz doskonałą, konkretną i fizyczną. Kształt jego uwarunkowany jest ściśle wewnętrzną potrzebą. Jako takie odpowiada ono za siebie całym kompleksem sił go składających, zawdzięczając którym tak a nie inaczej – tj. z wewnetrznym przymusem skoordynowane są jego poszczególne części w stosunku do siebie i do całości. Ten wzajemny stosunek nazywamy kompozycją. Kompozycję doskonałą, tj. ekonomiczną i żelazną – minimum materiału, przy maksimum osiągniętej dynamiki – nazywamy kompozycją futurystyczną. W ten sposób wolno jedynie komponować. Jako motywy decydujące podajemy przede wszystkim: Drożyzna ogólna:
a). środków drukarskich, która czyni ogłaszanie drukiem rzeczy zbędnych niewskazanym i dla położenia ekonomicznego państwa wręcz szkodliwym; b). drożyzna czasu. Człowiek współczesny zajęty jest przez 8 godzin pracą fachową. Pozostałe 4 godziny ma na jedzenie, załatwianie interesów życiowych, sport, rozrywki, utrzymywanie stosunków towarzyskich, miłość
i sztukę. Na samą sztukę przypada u przeciętnego człowieka współczesnego od 5 do 15 minut dziennie. Dlatego sztukę otrzymywać musi w specjalnie spreparowanych przez artystów kapsułkach, zawczasu oczyszczoną z wszelkich zbyteczności i podaną mu w formie zupełnie gotowej, syntetycznej.
DZIEŁO SZTUKI JEST EKSTRAKTEM. ROZPUSZCZONE W SZKLANCE DNIA POWSZEDNIEGO, POWINNO JĄ CAŁĄ ZABARWIĆ NA SWÓJ KOLOR.
Przed ogłoszeniem dzieła sztuki drukiem artysta obowiązany jest wycisnąć z niego przedtem wszystkie pozostałe resztki wody. Artysci wykraczający przeciw temu postanowieniu odpowiedzialni będą przed społeczeństwem na równi ze zwykłymi złodziejami pod zarzutem kradzieży czasu.

7. Przekreślamy logikę jako mieszczańsko-burżuazyjną formę umysłu. Każdy artysta ma prawo i jest obowiązany stworzyć swoją własną autologikę. Za zasadnicze cechy poszczególnej logiki uważamy:
    błyskawiczne kojarzenie rzeczy pozornie dla logiki mieszczańskiej od siebie odległych; dla skrótu drogi pomiędzy dwoma szczytami – skok przez próżnię i salto mortale.

8. Poezja operuje w płaszczyźnie słowa, tak jak plastyka w płaszczyźnie kształtów, muzyka – dźwięków. Słowo jest materiałem złożonym. Oprócz treści dźwiękowej ma jeszcze inną treść, symboliczną, którą reprezentuje, a której nie trzeba zabijać pod groźbą stworzenia trzeciej sztuki, która nie już poezją, a nie jest jeszcze muzyką (dadaizm).
    Poezja jest taką kompozycja słów, aby nie zabijając tej konkretnej duszy słowa wydobyć z niego maximum rezonansu.
    Zrywamy raz na zawsze z wszelkim opisywaniem (malarstwo), ale z drugiej strony z wszelkim onomatopeizowaniem, naśladowniem głosów przyrody itp. niesmacznymi żartami pseudofuturyzującego neorealizmu.
    Przekreślamy zdanie jako antypoezyjny dziwoląg.
    Zdanie jest kompozycją przypadkową, spojoną jedynie słabym klejem drobnomieszczańskiej logiki. Na jego miejsce – skondensowane, ostre i konsekwentne kompozycje słów, nie krępowanych żadnymi prawidłami składni, logiki czy gramatyczności, jedynie twardą wewnętrzną koniecznością, która po tonie A domaga się tonu C, po tonie C tonu F itd.

9. Przekreślamy książkę jako formę dalszego dostarczania poezji odbiorcom. Poezja, jako sztuka operująca wartościami akustycznymi, może być oddawana jedynie słowem. Książka może odgrywać najwyżej rolę nut, na podstawie których pewna kategoria ludzi wyjątkowo uzdolnionych (wirtuozów) może odbudowywać całość pierwotną. Z chwilą wynalezienia telefonografu tj. połączenia fonografu z telefonem, książka jako pomost między twórcą a publicznością okaże się do reszty nieużyteczną i zbędną.

10. Sztuka nasza nie jest ani odzwierciedleniem i anatomią duszy (psychologia), ani wyrazem naszych dążeń ku zaświatom Boga (religia), ani roztrząsaniem odwiecznych problemów (filozofia). Przeciw takim zarzutom odpowiadać dziś chyba nie potrzebujemy. Sztuka nie jest również pamiętnikiem skądinąd może ciekawych przeżyć i perypetii wewnętrznych artystów. Dziadkowie nasi dosyć namęczyli cierpliwych współczesnych swoimi tęsknotami, cierpieniami
i erotomanią. Przeżycia artysty są jego własnością prywatną, zajmującą niewątpliwie dla najbliższej rodziny i wielbicielek, ale dla nikogo więcej. Poleca się artystom dla odprowadzenia
i wyładowania przeżyć swoich w odpowiednim kierunku zajmować się więcej sportem, miłością płciową i naukami ścisłymi.

11. Odrywamy od organizmu życia przyczepionych do niego jak pijawki zarozumiałych pasożytów nazywających siebie poetami, karmiących się cudzą pracą i nie produkujących w zamian nic, ponieważ życie takie jest, jakie jest, nie wytrzymuje miary ich prometejskich psyche.
    Pochwalamy życie, które jest wiecznym mozolnym zmienia- niem się – ruch, motłoch, kanalizację i Miasto.
Poezja musi być codzienną, głęboko aktualną i powszechną.
    Romantyczny smęt róż i słowików dawno przestał już na nas działać.
    Egzaltuje nas tłum, pojęty jako gigantyczna fala obracającej sie turbiny. W wiecznej pracy
i walce życia o wytworzenie dnia jutrzejszego chcemy być w swoim zakresie uczciwymi
i świadomymi pracownikami.

12. Zrywamy raz na zawsze z patosem wieczności w stosunku do dzieł sztuki.
Bezwzględna wartość dzieła sztuki waha się pomiędzy 24 godzinami a miesiącem.
W kraju, gdzie wszystko przyżywa się tak powoli – u nas – przedłużamy ten termin do 1 roku.
Po upływie tego czasu wszystkie niewyprzedane książki mają być wycofane z handlu księgarskiego. Wszelkich drugich i trzecich wydań zabrania się. Nie poddający się temu postanowieniu pociągnięci będą do odpowiedzialności przed społeczeństwem, które samo rozstrzygać będzie poszczególne wypadki na drodze plebiscytu.

“Jednodńuwka futurystuw ” W Krakowie, 3 kwietnia 1921